| Raz w tygodniu | |
| 3 marca 2008 | Dziś jak wczoraj… Swoje
radiowe gadanie w rozgłośni naszej zacznę od tekstu „ Nie dawajcie mi
lancetu” tekst ten włożyłem 31 października 1980 roku w swoją
wieloletnią rubrykę drukowaną w „Słowie Ludu” które wówczas jeszcze
żyło. No więc posłuchajcie ten wczorajszy tekścik.
„ Gdyby jutro wsadzono mi lancet do ręki, Stanąłbym wobec niby niezwykłej, podniecającej szansy błyskawicznego wymordowania w ciągu paru godzin wszystkich pacjentów z piętra zajmowanego przez oddział chirurgiczny w szpitalu. Być może jednak zdrowy rozsądek, zmysł samokontrolny, czy instynkt samoobronny podpowiedziałyby mi rozwiązanie następujące: Wynajmuję autentycznego fachowca, opłacam go, on operuje a ja wraz z nim zbieram oklaski. Oczywiście, mógłbym w ogóle nie przyjąć propozycji przeistoczenia się w chirurga, ale my lubimy przekraczać granicę własnej kompetencji: Koń chciałby być dżokejem, a dżokej koniem. No i jest dziedzina w naszym życiu, w której często nawet masowo pojawiają się błędy i wypaczenia i równie rzadko pojawia się odpowiedź na pytanie: skąd te błędy? Skąd? Do tej pory ustaliliśmy ponad wszelką wątpliwość że do szycia ubrania, pisania na maszynie, oskarżania w sądzie, uczenia matematyki, operowania chorych potrzebne są określone umiejętności kwalifikacje. Oj, tylko do rządzenia zdają się nie być potrzebne owe przymioty. Mylę się ? To dlaczego nie mówi się po prostu, że ktoś był, lub jest, za głupi za malusi rozumowo do sprawowania politycznej funkcji. Koniec, kropka tamtego felietonu z przed lat, jakże jednak pasującego do obecnej Polski, która pomnaża głupoty urodzone w PRL. O, tak wołano radośnie w czerwonych latach: „Nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”. Dziś „oficera” zamieniono na „politykiera”. R. Smożewski |
| 10 marca 2008 | W styczniu byłem w
Betlejem. Pojechałem tam wraz z kilkoma ludźmi koczującymi w naszym DPS przy ul.
Tarnowskiej. Pojechaliśmy jednak nie wprost do Betlejem lecz do Domu
Pomocy Społecznej przy ul. Jagiellońskiej w Kielcach, który zaprosił
nas na imprezę tamże zmajstrowaną Pt.: „Dzisiaj w Betlejem”. Nie, nie byłem zachwycony – och, ach – walorami artystycznymi owej imprezy, gdyż do scenicznego śpiewania, wierszowania trzeba mieć głowę nakarmioną wiedzą i mieć duszę bardzo wrażliwą. Duszę wypełnioną wyobraźnią. Ale minął miesiąc od owego betlejemskiego wieczoru a mnie się jednak jeszcze klaszcze, obszernej obsadzie, można powiedzieć aktorskiej tego widowiska. Miało ono bowiem dużą wartość społeczną, poświadczającą jak można odpędzić na chwilę ludzi od codzienności, jak można podwyższyć im myślenie, dać ich duszom trochę ulgi. Brawo! R. Smożewski |
| 18 marca 2008 | Elvis Presley czy Mikołaj Rej? Była kiedyś kłótnia w naszym urzędzie miasta, kłótnia wokół pomnika
którego jedni chcieliby włożyć w Kielce a drudzy stękali że ten pomnik
ośmieszyłby miasteczko Kielce. Nie wiem jak i czy w ogóle pomnikowe zmagania o marmurową postać Presleya ongiś znanego muzykanta, pieśniarza się skończył i intryguje dlaczego, zwłaszcza w krajach wysokocywilizowanych hałasują, ryczą imprezy uliczne. Wśród bloków na jezdni, na trotuarach tłumy ludzi tańcują, śpiewają, gwizdają, klaszczą, tupają. Czy owe uliczne, podwórkowe widowiska oraz pomniki takich Presleyów pozwalają na moment odsunąć tzw. obywatelom od siebie zmartwienia jakie i teraz przyłażą do ludzi. Na zakończenie dzisiejszej gadaniny zaproponuję podmienić pomnik Presleya na statuę człowieka dzięki któremu Polska u swoich początków stała się państwem mającym swój literacki język, odmienny od innych krajów, język zbliżający do siebie Polaków. Mieszkając w Nagłowicach przytulonych do Kielc Mikołaj Rej umocnił, skomponował język polski. No i nie ofiarowano do tej pory Rejowi z Nagłowic pomnika w Kielcach. Dlaczego? … Pewnie dla tego, że jakiś tam Mikołaj Rej nie miał gitary, nie śpiewał. R. Smożewski |
| 25 marca 2008 | Naprzód, do boju! R. Smożewski |
| 1 kwiecień 2008 | Z „Podhala” do Sejmu. Dobrze czynimy, upierając się, aby traktaty z Unii Europejskiej aprobowały, nawet szanowały naszą polskość, aby nie przekreślały naszych kulturalnych i innych obyczajów. Na szczęście my sami od polskości nie uciekamy, lecz się do niej przytulamy. Potwierdziło mi to moje przedświąteczne, pisankowe dreptanie przy kieleckich sklepach, marketach, firmach…Zaciekawiły mnie ich nazwy, napisy, hasła. Tylko kapkę je przypomnę: DEK MEBLE, „Siding – Podłogi”, „PW BASST. Sprzedaż – Montaż. Serwis. Nowoczesne i tradycyjne systemy grzewczo – sanitarne.” A jakże zgrabne, przekonujące oświadczenie umieszczono na budce Zakładu Piekarniczo – Cukierniczego „Podhale”. Otóż ową budkę, siedzącą na wprost Bazarów, przy ul. Seminaryjskiej, ozdobiono niezwykłym, podniecającym zapewnieniem, co można w niej zakupić: „Pieczywo bez polepszaczy!”. Kiedy tak łaziłem i dotykałem wzrokiem kieleckie sklepy przyszło do mnie wspomnienie, o moich przystankach parkingowych przed Jędrzejowem. Kiedy jechałem samochodem z Krakowa do Kielc to właśnie przed Jędrzejowem choćby na małą chwilkę zaglądałem do restauracji mieszkającej wśród drzew. Uśmiechałem się do napisu przyklejonego do tejże restauracji. „COŚ NA ZĄB!” Tak, ów wynalazek kielecki, co go nazwano „polepszacz” radziłbym zaofiarować politykierom Warszawy. Może on im w głowach ciut polepszy… R. Smożewski |
| powrót |